Historii Początek

- Wynoś się stąd zawszony złodzieju! – wykrzyknął oberżysta wyrzucając ze swojego lokalu jakiegoś człowieka.
- Nie drzyj się człowieku i daj mi odejść zanim zleci się straż.
- A jużci. Takich jak ty powinno się zamykać! I to dożywotnio! Gdyby to ode mnie zależało jeszcze dzisiaj zawisłbyś na sznurze.
- Ale nie ty masz tu decydujący głos. Ja spadam zanim zejdą się hieny.
- Chyba już nie zdążysz – karczmarz uśmiechnął się pod wąsem – Popatrz kto zmierza w naszą stronę.
Złodziej odwrócił się i szpetnie zaklął. W ich kierunku podążał pięcioosobowy patrol straży miejskiej. Rzezimieszek już wiedział, że nie ma żadnych szans na ucieczkę.
- Słuchaj mnie – szepnął do karczmarza – Wiedz, że prędzej czy później ucieknę z więzienia. Jeśli mnie wydasz to obiecuję ci, że pierwszym co zrobię po powrocie na wolność to spalenie twojej karczmy. To jak – wydasz mnie?
- Nie mam litości dla takich jak ty.
- Więc już pożegnaj się ze swoim interesem, bo nie będzie ci dane cieszyć się nim długo.
- Dobry wieczór Bramborze – cichą rozmowę przerwał kapitan straży miejskiej – Czy ten człowiek ci się naprzykrza?
- To złodziej. Próbował okraść jednego z moich klientów. Zjawiliście się w samą porę, aby go pojmać.
Kapitan spojrzał na rzezimieszka i rzekł:
- My się znamy. Pamiętasz mnie złoczyńco?
- Kapitan Burks. Jakbym mógł zapomnieć tego, który zabił mojego najlepszego przyjaciela i wspólnika.
- Widzę, że nie wyciągnąłeś nauki z tego co się stało z Benim. Dałem ci szansę, ale widzę, że nic z tego nie będzie. Do lochu z nim.
Czterech strażników otoczyło złodzieja i ruszyło w kierunku miastowego więzienia. Był to wysoki budynek zbudowany z białego kamienia. W przypadku wojny lub innego zagrożenia budynek mógł służyć jako punkt oporu i wieża obronna z racji tego, że ściśle przylegał do murów miejskich. Na najwyższym piętrze znajdowała się zbrojownia i pokoje kapitanów straży. Niżej swoje pokoje mieli strażnicy miejscy, a piętra poniżej poziomu ziemi zajmowali więźniowie. W części więziennej zawsze panowała wilgoć, panoszyły się różne choroby i pełno było szczurów. Cele były dwuosobowe, a agresywniejszych więźniów zamykano w izolatkach 1m x 1m. Wkrótce pochód ze złodziejem zbliżył się znacznie do więzienia.
- Poznajesz? – spytał Burks – Już raz cię tu zamknąłem, abyś przemyślał swoje postępowanie.
- Jakbym mógł nie poznać mojego drugiego domu? – odparł rzezimieszek.
- Więc cieszysz się, że wracasz do domu?
- Raduję się jak zawsze. Jednakże nie mogę zostać na długo i jeszcze dziś w nocy będę zmuszony opuścić to miejsce.
- Ha – kapitan roześmiał się - Jak zauważysz wiele się zmieniło od czasu kiedy więzienie gościło cię ostatnio. Tak łatwo z niego nie uciekniesz.
- Jeszcze zobaczymy – złodziej mruknął sam do siebie.
Pochód zatrzymał się przed wejściem do więzienia. Kapitan zamienił kilka krótkich słów z odźwiernym i rozkazał zamknąć złodzieja w więzieniu. Rzezimieszek dość w brutalny sposób został wtrącony do brudnej celi i pozostawiony swojemu losowi.
- Witam – rzekł współwięzień – nazywam się…
- Bez imion i nazwisk. Im mniej o sobie wiemy tym lepiej.
- I tak posiedzimy ze sobą kilka lat.
- Ja uciekam dziś w nocy.
- Pewny siebie jesteś. Ja próbowałem uciekać stąd trzy razy, ale zawsze mnie łapali. Czy ten odźwierny nigdy nie śpi?
- A na cholerę pchać się na górę?
- A co? Znasz może inne wyjście?
- Gdybym ci powiedział to musiałbym cię zabić.
- Daj spokój. I tak pójdę za tobą.
- Jeśli to uczynisz to będzie to twój ostatni spacerek w tym życiu.
- A coś ty taki skryty?
- W tym zawodzie lepiej nie ufać nikomu. Nawet własnej rodzinie.
- A kim byłeś na wolności? Mordercą? Bandytą?
- Złodziejem.
- Ja byłem…
- Nie obchodzi mnie kim byłeś i co robiłeś na wolności.
- Ale zabierzesz mnie ze sobą? Nie chce tu gnić do końca życia.
- Zamknij się już i idź spać.
- Ale po co? Dzień jeszcze młody.
- Mówię ci idź spać. Musisz się wyspać zanim stąd uciekniemy. Nie chcę za sobą prowadzić kogoś, kto może narobić zbędnego hałasu. Obudzę cię gdy nadejdzie pora.
- To o której wyruszamy?
- Około 5:30. Wtedy sen jest najcięższy i wszyscy strażnicy śpią. Śpij, a ja tymczasem zajmę się zamkiem i zdobędę parę rzeczy.
- Jak?
- Lepiej nie pytaj. Tak będzie bezpieczniej.
Współlokator celi szybko zasnął, a rzezimieszek zaczął majstrować przy zamku. Po chwili w celi rozległ się charakterystyczny dźwięk i kraty nie stanowiły już żadnego problemu. Złodziejaszek jednak nie opuścił lochu – wiedział, że strażnicy są jeszcze zbyt czujni. Rzezimieszek postanowił przespać się trochę i tym sposobem przeczekać czas dzielący go od nocy. Gdy się ocknął w korytarzu paliły się pochodnie, a przez zakratowane okno docierały do niego melodie wygrywane przez chrząszcze. Złodziej po cichu wymknął się z celi i wyruszył w cichą wędrówkę po więziennych korytarzach. Jego celem była południowa część więzienia, w której dawno temu coś ukrył. Wkrótce, na szczęście nie natrafiając na żadnego strażnika, dotarł na miejsce. Rzezimieszek zamyślił się na chwilę jakby starając sobie coś przypomnieć. Coś z odległej i zamglonej przeszłości. W końcu pociągnął za jedną z pochodni i wśród kurzu i trzasków ze ściany wysunął się jeden z kamieni odkrywając ukrytą zawartość. Rzezimieszek wyjął z kryjówki kilka rzeczy i wsunął głaz z powrotem na miejsce. Gdy już zabezpieczył kamień i zatuszował ślady swego pobytu w tej części więzienia złodziej powrócił do celi.
- Już myślałem, że poszedłeś beze mnie – rzekł współwięzień.
- Ja zawsze dotrzymuję danego słowa.
- To dobrze o tobie świadczy. Możemy iść?
- Jeszcze nie czas na to. Warty zmieniły się pół godziny temu i jeszcze niektórzy strażnicy krążą po korytarzach. Musimy trochę poczekać aż wrócą do stróżówki i się spiją.
- To co teraz zrobimy?
- Masz – złodziejaszek rzucił współlokatorowi celi ciemną szatę – załóż ją.
- Tą szmatę? – oburzył się współwięzień.
- Ta szmata uczyni cię niewidzialnym.
- Niby jak? Jest zaczarowana?
- Nie. To zwykła szata. Jej ciemna barwa pomoże ci lepiej ukryć się w ciemności. Każdy złodziej wie, że cień i mrok są jego sprzymierzeńcami.
- Ale ona śmierdzi stęchlizną i szczurami.
- Patrzcie państwo jakie książątko się znalazło. Jak tak bardzo ci to przeszkadza to możesz tutaj zostać.
- Przyzwyczaję się do tego smrodu.
- To dobrze. Nie będę musiał tracić czasu na zamykanie cię tutaj.
- Zrobiłbyś to?
- Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby ktoś się za mną włóczył po więzieniu.
- A tak właściwie to skąd wiesz tyle o tym więzieniu?
- Mieliśmy się bliżej nie poznawać.
- Tyle chyba możesz mi powiedzieć.
- No dobra. Siedziałem tu już 17 razy i za każdym razem zdołałem skąd uciec. Więziennie jest dla mnie prawie drugim domem. Znam tu każdy kąt i każde miejsce. Jestem jedną z nielicznych osób, przed którymi ten budynek nie ma tajemnic. Kończmy tą pogaduchę. Już czas – chodźmy.
- Ruszajmy więc ku wolności! – wykrzyknął radośnie współwięzień.
- Gęba w kubeł idioto. Chcesz, żeby wszyscy strażnicy się tu zlecieli?
- A coś ty taki nerwowy?
- Bo pierwszy raz kogoś ze sobą biorę. Mam nadzieję, że przez twą głupotę nie wpadnę.
- Spokojnie przyjacielu.
- Nie jesteśmy przyjaciółmi.
- Teraz rozumiem czemu nie chcesz poznawać nowych ludzi. Po prostu nie umiesz z nimi żyć.
- Coś jeszcze masz mi do powiedzenia czy możemy już ruszać?
- Ty tu decydujesz. To dzięki tobie przemkniemy się niewidzialnie przez więzienne korytarze.
- Niewidzialne to będą twoje jajca, kiedy ci je utnę i wsadzę w dupę. Daj mi tylko pretekst, a to uczynię.
- Postaram się aby do tego nie doszło.
- Mam taką nadzieje.
Złoczyńcy wyruszyli w drogę kryjąc się w mroku. Przemykali jak cienie po ciemnych korytarzach więzienia. W końcu dotarli na najniższe, dawno opuszczone piętro budynku. Złodziej zatrzymał się na chwilę.
- Zabłądziliśmy? – spytał współwięzień.
- Zamknij się choć na chwilę i daj usłyszeć.
- Co usłyszeć?
- Szum wody.
- A po co ci to?
- Żeby wiedzieć, którą ścianę mamy rozebrać.
- Rozebrać? Myślałem, że masz gotowe wyjście.
- Jak ci coś nie pasuje to możesz wracać do celi. Dam sobie radę bez ciebie.
- Już dobrze, dobrze. Przepraszam trochę mnie poniosło.
- Zamilcz w końcu człowieku, bo każda chwila jest cenna.
- Jak sobie życzysz.
„Wkurzający typ” pomyślał złodziej i zamknął oczy. Z całych sił starał się wytężyć słuch, aby usłyszeć szum wody. W końcu wskazał na ścianę znajdującą się po prawej stronie.
- Tam zaczniemy.
- Jak mamy rozebrać ścianę bez narzędzi.
- Improwizuj człowieku. Co z ciebie za przestępca?
- Polityczny. Siedziałem za szpiegostwo.
- No pięknie. Wiedziałem, że lepiej będzie cię nie zabierać ze sobą.
- Niby czemu?
- Bo wy polityczni jesteście inni. My – złodzieje, mordercy, paserzy – mamy swój honor, którego wam brakuje. Wy podlizujecie się, wkradacie w łaski, żyjecie dostatnie, a my żyjemy często w skrajnym ubóstwie, i to nas zmusza do złych czynów – złodziej splunął – brzydzę się takimi jak wy.
- Może i twoje mniemanie o mnie nie jest zbyt dobre, ale to tylko stereotyp. Kiedyś w młodości też byłem prostym złodziejem.
- Więc co cię zmusiło do mieszania się do spraw politycznych? Każdy porządny rzezimieszek trzyma się od nich z daleka.
- Dostałem ultimatum. Albo praca dla wywiadu albo śmierć. Długo się nie wahałem.
- Dokonałeś złego wyboru. Lepiej byłoby gdybyś zginął.
- Nie osądzaj mnie dopóki nie znajdziesz się w takiej samej sytuacji. Może wtedy będziesz wiedział co mną kierowało. Jeśli ma między nami wybuchnąć kłótnia to zostawmy ją na później.
- Jak sobie chcesz. A tak z ciekawości to kogo tutaj szpiegowałeś?
- Inkwizytora. Zostałem wynajęty przez byłego arcymaga – Hildona. Bardzo go ciekawiło w jaki sposób Mendoza tak szybko awansował wśród hierarchii magów.
- I co? Odkryłeś coś ciekawego?
- Ano. Jego moc zawarta jest w monoklu znalezionym w starożytnych ruinach. Jednak moc wiąże się także z szaleństwem. Niektórzy z jego współpracowników twierdzą, że inkwizytor widzi rzeczy dla innych niewidzialne. Podobno już wkrótce ma wyruszyć na poszukiwanie pradawnych istot, które mogą zagrozić ludzkości.
- I mam uwierzyć w tą bajeczkę?
- Rób co chcesz. Na razie rozwalmy tą ścianę.
- To nie będzie takie proste. Najpierw musimy znaleźć nadające się do tego miejsce.
- Czyli?
- Miejsce w ścianie, w którym będzie łatwo zrobić wyjście.
- Nie o to mi chodziło. Czego mam szukać?
- Jakiś rys, luźnych kamieni.
Więźniowie rozdzielili się i rozpoczęli poszukiwania. Ściany w tej części więzienia były mokre i obślizgłe. Panoszyło się tutaj mnóstwo stworzeń – nie tylko szczury i pająki.
- Chyba coś mam – rzekł szpieg – Ta cegła się porusza.
- To ją wyjmij. Tam rozpoczniemy próbę przebicia.
Więźniowie w pocie czoła przez pół godziny rozbierali ścianę. Dzięki ich pracy w murze powstała porządna wyrwa mogąca pomieścić kilka osób. Jednak nadal nie było widać wyjścia.
- Jakiej grubości jest ta ściana? – spytał szpieg.
- Ciii… Ktoś się zbliża.
- Skąd to wiesz?
- Takie złodziejskie przeczucie. Szybko! Do dziury!
Gdy złoczyńcy znaleźli się w wyrwie złodziej zaczął układać cegły na ich pierwotnych miejscach.
- Co robisz? – szepnął zaciekawiony szpieg.
- Ukrywam nas. Siedź cicho, bo ktoś może nas usłyszeć.
- A może coś ci się ubzdurało?
- Mój instynkt złoczyńcy nigdy mnie nie zawiódł. Zresztą zobacz sam jak światło z pochodni dostaje się przez szpary między cegłami do naszej kryjówki.
I tym razem instynkt nie zawiódł złodzieja. Trafnie podpowiedział mu, że ktoś się zbliża. Strażnik faktycznie pojawił się w piwnicach więzienia, ale obszedł tylko pomieszczenie, postraszył szczury i wyszedł. Złoczyńcy odetchnęli i ponowili pracę. Pracowali jednak wolniej i ciszej, aby nie zwrócić na siebie uwagi. Przez godzinę zapełnioną pracą żaden z nich nie odezwał się ani słowem. Dopiero gdy ujrzeli nikłe światełko w tunelu i poczuli na swoich twarzach dotyk wiatru, rozluźnili się. Księżyc stał jeszcze wysoko na niebie gdy więźniowie odrzucili ostatnie cegły i znaleźli się na plaży.
- Czujesz? – spytał szpieg głęboko oddychając – To powiew wolności.
- Można się do tego przyzwyczaić.
- Co teraz zamierzasz?
- Muszę odwiedzić parę miejsc i złożyć wizytę pewnemu karczmarzowi, który mnie
wydał.
- Chcesz go zabić?
- Nie, coś mu obiecałem, a ja…
- Zawsze dotrzymujesz słowa.
- Właśnie. A ty co będziesz robił?
- Nie mogę wrócić do otoczenia inkwizytora, bo jestem spalony. Jedyne co mi pozostaje to udać się do mego zleceniodawcy i czekać na nowe rozkazy.
- Więc żegnam pana. Karczma czeka.
- Żegnam.
Złodziej ruszył brzegiem morza w kierunku domu Harina. Znał tego kupca od lat i wiedział, że może mu ufać w pewnych sprawach. Poza tym tylko u niego mógł dostać rzeczy, które teraz były potrzebne złodziejowi. Jako że Harin mieszkał blisko więzienia, to już po 10 minutach rzezimieszek pukał do jego domu. Ku jego zdziwieniu nie został mile przywitany. Bowiem drzwi otworzyła mu kobieta. Ubrana była w szkarłatny szlafrok z zielonym czepkiem na głowie. Złodziej od razu ją rozpoznał – stała przed nim Furija, żona Harina.
- Wynoś się stąd! – wykrzyknęła kobieta – Znowu wpędzisz nas w kłopoty.
- Ale…
- Żadnych „ale”! Wynoś się śmieciu i żebym cię tu więcej nie widziała.
- Kochanie, czemu krzyczysz? – odezwał się jakiś głos z chaty.
- Przyszedł ten złodziej, przez którego mieliśmy ostatnio tyle problemów – odparła kobieta.
- Naprawdę? W takim razie wpuść go czym prędzej.
- Jak sobie życzysz – Furija wycedziła przez zęby.
Złodziej skłonił się kobiecie i wszedł do środka. Nie zdziwił się na widok starożytnej zbroi ani drogocennej wschodniej wazy i nie zrobiły na nim wrażenia zgromadzone dobra bowiem bywał tu już nieraz. Kierując się swoją intuicją udał się do pokoju, gdzie kupiec zazwyczaj przyjmował klientów. I znów intuicja go nie zawiodła. Kupiec siedział w fotelu i palił fajkę.
- Witaj Harinie. Jak tam twoje interesy?
- Dobrze. A u ciebie?
- Lepiej niż kilka godzin temu.
- Znowu wpadłeś?
- Ano. Jeden z karczmarzy mnie wydał.
- Więc czego ci potrzeba?
- Prawdziwy człowiek interesu z ciebie. Od razu przechodzisz do rzeczy. Tak więc przyda mi się łuk, kilka strzał, krzesiwo, lniana koszula i oliwa do lamp w kruchych naczyniach.
- Czyli chcesz coś podpalić na odległość. Zapewne karczmę tego oberżysty. Zgadza się?
- Tak.
- Nie odpuścisz mu?
- Wiesz jaki jestem – gdy coś obiecuję, to zawsze dotrzymuję słowa.
- Cóż, twój wybór. Zaraz wszystko przygotuję. Mam tylko nadzieję, że ogień nie rozniesie się po całym mieście.
Kupiec wstał z fotela i wyszedł, aby po chwili powrócić taszcząc ze sobą wszystkie wymienione przez złodzieja rzeczy.
- Tu masz wszystko – rzekł Harin – Może zostaniesz trochę i przenocujesz?
- Nie. Twoja żona chyba mnie nie lubi.
- To dobra kobieta, ale według niej przynosisz kłopoty. Zawsze wpada w zły humor gdy cię widzi.
- To już ostatni raz. Już więcej mnie nie zobaczysz.
- Czyli spłaciłem swój dług?
- Tak. Jestem ci wdzięczny za okazaną mi pomoc i za całą resztę. Żegnaj, być może na zawsze.
- Żegnaj.
Złodziej zabrał swoje rzeczy i wyszedł z chaty Harina. Wędrując między budynkami miasta obmyślał plan działania. Czasu miał niewiele, bowiem poranek był już blisko. Korzystając z winorośli wdrapał się na dach budynku, z którego miał dobry widok na karczmę Brambora. Intuicja podpowiadała mu, że zaraz wydarzy się coś złego, ale nie chciał jej słuchać. Szybko przywiązał pojemniki z oliwą do strzał, a z podartej lnianej koszuli zrobił lonty. Pozostało mu jeszcze jedno – podpalić lonty i patrzeć jak płonie karczma. Krzesiwo sprawiło mu pewne trudności lecz po piątej próbie udało mu się podpalić lonty. Gdyby ktoś o tej porze przechadzał się po tej ulicy lub akurat wyglądał przez okno ujrzałby kilka świetlistych punktów zmierzających w kierunku karczmy Brambora. Stojący bliżej karczmy zapewne usłyszeliby też śmiech złodzieja patrzącego jak strzecha zajmuje się ogniem. Jednak wszyscy mieszkańcy smacznie spali.
- Co u licha? –zdziwił się nagle rzezimieszek.
Jego oczom ukazał się dziwny i niespodziewany widok. Struga wody niewiadomego pochodzenia zaczęła gasić pożar. Złodziej rozejrzał się poszukując tego, który uniemożliwił mu dokonania zemsty. I ujrzał maga w bogatych szatach w obstawie sześciu ludzi. Złodziej nie zdążył nawet przekląć go, gdy poczuł, że dzieje się z nim coś niedobrego. Rzezimieszek uniósł się w powietrze, a jakaś siła zaczęła przyciągać go do siebie. Wkrótce odkrył, że celem jego podniebnej podróży jest mag gaszący pożar. Mimo wszelkich prób przerwania lotu złodziej znalazł się u nóg czarodzieja. Mag ubrany był w czerwone szaty bogato zdobione różnymi wzorami. A na jednym oku nosił czerwony monokl w złocistej oprawie. Jak zauważył złodziej czarodziej był już prawie całkowicie łysy i bardzo szczupły. Jakby jego ciało trawiła jakaś przedłużająca się choroba.
- Chłopcze, nie szkoda ci tak marnować czasu?
- Nie uważam tego czasu za zmarnowany.
- Zabawny jesteś. Właśnie przeszkodziłem ci w podpaleniu karczmy, a ty nie uważasz czasu poświęconego na przygotowania za stracony. Według tutejszego prawa podpalaczy skazuje się na śmierć, ale mam dla ciebie pewną propozycję. Zechcesz ją wysłuchać?
- Zapewne nie mam wyboru.
- Jeśli tak uważasz. Przyłącz się do mnie i razem ze mną wyrusz na poszukiwanie pradawnych istot, które zagrażają ludzkości. Przejdziesz w ten sposób do historii nie jako złoczyńca, ale jako bohater, wzór do naśladowania. Ludzie będą cię podziwiać nawet długo po tych wydarzeniach. W końcu będziesz żył w dostatku i bogactwie o jakim nawet nie śniłeś.
- Z całym szacunkiem, ale jestem zmuszony odmówić. Nigdy nikomu nie służyłem i nie zamierzam tego zmieniać. Dyshonorem dla mnie byłoby się zgodzić na tę propozycję.
- Jak wolisz. Straż zabrać go na wykonanie wyroku.
Złodzieja znów otoczyli strażnicy i razem z nimi wyruszył z powrotną drogę do więzienia. Jednak nigdy nie dane mu było dokończyć tej podróży. Gdy tylko weszli w wąską uliczkę prowadzącą do lochów z dachów posypały się strzały, które zabiły strażników. Złodziej został sam i czekał na dalszy rozwój sytuacji. Wiedział, że w mieście miał wielu wrogów, którzy tylko czekali na taką sytuacje. Wiedział też, że ze spotkania z nieprzyjaciółmi nie wyszedłby żywo. Rzezimieszek nie zamierzał uciekać, duma mu to zabraniała. Ciągle stał i czekał. W końcu do uliczki wszedł dobrze zbudowany czarnowłosy mężczyzna. Na pierwszy rzut oka wydał się rzezimieszkowi jakby znajomy, lecz po chwili zastanowienia odrzucił tą myśl.
- Witaj – rzekł tamten.
- Witaj – odparł złodziej.
- Nie pamiętasz mnie? Aż tak słabą masz pamięć?
- A powinienem cię pamiętać?
- Nie dalej jak kilka godzin temu się rozstaliśmy. Pomogłeś uciec mi z więzienia.
- Polityczny. Wolność ci służy jak widzę.
- Widzę, że ty nie miałeś tyle szczęścia. A przy okazji poznałeś inkwizytora Mendozę. I co o nim sądzisz?
- Jest kompletnym świrem. Jakim cudem ludzie mu wierzą?
- Nieważne. Zajmijmy się tobą. Po tym do czego doszło w tej uliczce nie możesz pozostać w mieście. Masz jakieś kryjówki poza nim?
- Niestety nie. Zresztą i tak nie zdołałbym teraz wydostać się z miasta. Bramy otworzą dopiero za dwie godziny.
- Tak więc musimy spróbować czegoś innego. Boisz się pływać?
- A co to ma do rzeczy?
- Mógłbyś ukryć się na jednym ze statków w porcie. Zważywszy na okoliczności to twoja jedyna deska ratunku.
- Nie podoba mi się to, ale ruszajmy.
Złodziej w otoczeniu ludzi szpiega ruszył w stronę portu. Po drodze starali się omijać wszelkie patrole straży i nie wzbudzać jej zainteresowania. Wkrótce dotarli na miejsce. Jednak w porcie znajdował się tylko jeden odpowiedni statek, a do tego był strzeżony.
- No i co zrobimy? – spytał złodziej.
- Już nie jestem taki nieporadny? Słuchaj, moi ludzie odciągną uwagę strażników, a ty wślizgniesz się do środka.
- Jak zamierzacie tego dokonać?
- Moi ludzie to fachowcy, już nie raz pomagali mi w dostaniu się w jakieś miejsce.
- To co mam robić?
- Na mój znak ruszysz w kierunku statku. Gdzie jest Bożydar i Józef?
- Na stanowiskach – odparł jeden z ludzi.
- To dobrze, zaraz się zacznie. Daj sygnał.
Jeden z ludzi szpiega zagwizdał i na ten sygnał zza beczek i skrzyń wyłoniło się dwóch młodych ludzi. Podeszli oni na pewien dystans do strażników i zaczęli ich przedrzeźniać. Dołączyli do tego także kilka wiązanek przekleństw. Stróże początkowo nie reagowali na padające pod ich adresem obelgi. Lecz gdy ludzie szpiega zaczęli obrażać matki strażników, ci nie wytrzymali i rzucili się na awanturników. Na ten moment czekał złodziej. Rzucił się możliwie jak najszybciej do statku i już po chwili zniknął w ładowni.
- Niech czuwają nad tobą szczęśliwe gwiazdy – rzekł szpieg, zwołał swoich ludzi i udał się w tylko sobie znanym kierunku.
Tymczasem złodziej rozpoczął poszukiwania kryjówki. Obszedł dwukrotnie ładownie statku lecz nie znalazł miejsca nadającego się na tymczasowe schronienie. W końcu wcisnął się w szparę za skrzynkami i tam, zmęczony po nieprzespanej nocy, zasnął. Kiedy się obudził nie potrafił określić ile czasu poświęcił na sen. Zresztą w obecnej chwili nie było to ważne. Bowiem statkiem targał silny i porywisty wiatr. Złodziej nie bacząc na to, że płynie na gapę, wybiegł na pokład. Wówczas zobaczył, że wiatr nie jest jedynym zagrożeniem dla statku. Łajbą targały także dwunastometrowe fale często przelewające się przez pokład. Wówczas porywały ze sobą wszystko co nie było przywiązane do statku – marynarzy, skrzynie, armaty. Złodziej zauważył także coś znacznie gorszego, coś co zbliżało się do statku – wielką dwudziestometrową falę. Rzezimieszek pomimo tego, że mało znał się na statkach i żegludze wiedział, że ta łajba nie wytrzyma takiego uderzenia. Lecz nie tylko on zauważył wielką falę. Na pokład wyszedł inkwizytor cały czas pokrzykując coś o zbliżającej się pradawnej istocie.
- No pięknie – rzekł złodziej na jego widok – Trafiłem do miejsca, przed którym uciekałem.
To były ostatnie słowa rzezimieszka bowiem wielka fala uderzyła w statek i doszczętnie go zniszczyła. Ostatnim co zapamiętał przed utratą przytomności to dotyk piasku na jego twarzy. To mu wystarczyło żeby stwierdzić, że zdołał przeżyć podróż.


Autor: marnypopis 9 listopada 2010 Drukuj Email