Uciekinier

Nie był żadną tajemnicą fakt, że syn dowódcy straży pałacowej prowadził hulaszczy tryb życia. Niemal każdy mieszkaniec stolicy zdawał sobie z tego sprawę, bo młody Fergas często odwiedzał domy biedniejszych obywateli i porywał młode dziewczyny. Szlachcic zawsze zjawiał się w towarzystwie uzbrojonych strażników, o dyskusjach nie było więc mowy. Kobiety zawsze wracały do domów rodzinnych... zwykle po tygodniu lub dwóch, zależnie od nastroju Fergasa. Ich życie jednak nie było już takie samo. Zhańbione, nie mogły marzyć o wyjściu za mąż za kogoś o lepszej pozycji społecznej, co jednocześnie skazywało je na życie w biedzie do końca życia. Niecny proceder zboczeńca trwał już od dobrych kilku miesięcy, kiedy - co było nieuniknione - do drzwi naszego domu zapukał szlachetka. Ojciec otwarł drzwi i ukłonił się. Całą sytuację widziałem z daleka - właśnie wracałem z pola do domu. Wiedziałem, że moja siostra jest bezpieczna. Ukryliśmy ją poprzedniego wieczoru. Dzięki niech będą Salemowi, że nas przestrzegł i wskazał miejsce, w którym mogła przeczekać "obchód" Fergasa. Wszedłem spokojnie do domu i rozejrzałem się zdumiony. Ojcec leżał na ziemi, powalony ciosami szlachcica. Jego towarzysze klęczeli nad moim ojcem i trzymali go za ręce i nogi, by nie wierzgał.
- Wiem, gdzie ją schowaliście - syczał do ucha mężczyźnie. - Powiedz, gdzie, a ujdziesz z życiem.
- Nie wiem, o czym mówisz panie! - krzyczał przerażony starzec.
Młodzieniec wydobył z pochwy sztylet i przyłożył mu go do szyi.
- Czy blask stali cię oświecił, wieśniaku? - mówiąc to uśmiechał się paskudnie. Tego było za wiele. Wyszarpnąłem zza pasa pałkę, której używałem do zabijania małych szkodników grasujących po polach. Widok ten musiał być naprawdę zabawny, ale w tej chwili nie widziałem powodu, dla którego trzech zbirów się zaśmiało. Ledwo zdążyłem wziąć zamach, zostałem niemal równocześnie trafiony trzema sztyletami. Upadając poczułem, że wyrwano mi z rąk pałkę i zadano nią cios w głowę.

- Hej! Żyjesz?
Otwarłem oczy, zamrugałem kilka razy, ale nie dostrzegłem różnicy. Albo oślepłem, albo pomieszczenie, w którym się znalazłem było zupełnie ciemne. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że ktoś coś do mnie mówił. Pomacałem rękami dookoła siebie, aż natrafiłem na ścianę. Trzymając się jej zacząłem wstawać. W tym momencie wrócił ból - czułem się, jakby coś rozrywało mi czaszkę. Stęknąłem z bólu i oparłem się całym sobą o zimny mur.
- Czyli jednak żyjesz, jak słyszę. Egzekucję wyznaczono na jutrzejszy poranek, ale jeśli odrobinę się pospieszymy, do żadnej egzekucji nie dojdzie. Rusz się!
W przeciwległym kącie celi błysnęło światło. Zobaczyłem zarys ciała mężczyzny w dziwnych szatach.
- Za mną, nie ociągaj się!
Całkowicie rozkojarzony brnąłem przez ciemności za nieznajomym, co i rusz potykając się o nierówne kamienie w podłodze.
- Jakim cudem...
- Cii! To, że strażnicy śpią, nie oznacza, że nie mogą się obudzić, jeśli ciągle będziesz gadał!
Uniosłem brwi w geście zdziwienia, co z oczywistych względów nie zostało zauważone przez tajemniczego wyzwoliciela. Chcąc, nie chcąc podążałem za nim dalej. Po kilkunastu minutach drogi dostrzegłem w oddali drugie źródło światła, a w chwilę potem wyszliśmy na powietrze. Nad dzielnicą portową zapadał wieczór. Słońce zachodziło farbując wodę na złoto i czerwono. Sielankowy nastrój przerwał mój przewodnik, mówiąc:
- Tam - wskazał palcem - stoi statek Inkwizytora. Wejdziemy na pokład, porozmawiam z przyjacielem, który ukryje Cię w ładowni. To najprawdopodobniej nasze ostatnie spotkanie. Odpłyniesz na wyspę Faranga i zaczniesz tam nowe życie.
- A mój ojciec? Siostra? Co z nimi?
- Twój ojciec żyje. Dowódca straży ma paskudnego syna, ale sam jest przyzwoitym człowiekiem. W stosunku do Ciebie nie mógł nic uczynić - napaść na szlachcica kwalifikuje się na stryczek od zawsze. Twoja siostra... już wróciła do domu, jeśli wiesz, co to oznacza. Wyjątkowo krótko zabawiła u Fergasa.
- Salem!
- Ten, który zdradził waszą rodzinę... zostanie stracony zamiast ciebie. Działam w porozumieniu z Raftharem.
- Ty? Z dowódcą straży? Kim ty w zasadzie jesteś?
Mężczyzna uśmiechnął się smutno.
- Mało kto mnie pamięta. Osiem lat temu wyjechałem na nauki do klasztoru. Jestem pierwszym synem Rafthara.
- Helgios? To naprawdę ty?
Wpadliśmy sobie w ramiona. Helgios był moim wieloletnim przyjacielem, choć o sześć lat starszy ode mnie i ze znaczącej rodziny, nigdy się nie wywyższał i wszędzie widać nas było razem. Do czasu jego wyjazdu.
- Nie pytaj o nic więcej. Nie mamy czasu. Statek odpływa jeszcze dziś w nocy.

Nie później niż w godzinę po naszej rozmowie siedziałem bezpiecznie w kącie ładowni wciśnięty między beczki i skrzynie. Przyjaciel Helgiosa znalazł dla mnie nawet kilka owczych skór na których miałem całkiem wygodnie przepłynąć całą drogę na Farangę.
- To chyba koniec wrażeń na ten dzień - powiedziałem cicho do siebie.
Och, jak bardzo się myliłem.


Autor: kpt. Macrentofeth, 9 listopada 2010 Drukuj Email