Wspomnienia

Na początek musicie wiedzieć moi drodzy że niewiele pamiętam. Nie pamiętam zaś wiele bo dużo piję. A w zasadzie dużo piłem do tej pory. W obecnej chwili natomiast jest już ze mną na tyle źle że własnego imienia nie potrafię sobie przypomnieć…

Wyplułem przed chwila ostatnią partię piasku który zadomowił się między zębami podczas mojej sjesty twarzą do dołu. Piasku już prawie nie ma więc mogę zacząć zastanawiać się nad tym co ja tak właściwie robię na cholernej wyspie na środku jakiegoś akwenu wodnego.

Wiedziałem że popijawa z kudłatym Jo na przystani nie skończy się dobrze. A tak zachwalał skubany ten zagraniczny trunek! Co było potem? Ach tak… Rozmawialiśmy o Sable, kelnerce z „Dziobatej Myszy”. Speluna taka że sam lord mroku poczuł by się w środku jak kot na przypiecku. A Sable, och słodka Sable miała największe ze wszystkich miast północy atrybuty. Wielkość ich przesłaniała niekiedy słońce. Długość pozwalała zastanowić się jak działa na nią grawitacja a kolor napełniał serce radością. Ach jakież ona miała cudowne warkocze… Sęk w tym że w parze z urokiem jej warkoczy szedł ramię w ramię brak urody brody Zmęczonego Boba właściciela owego przybytku. Tak…właśnie zwymiotowałem…Niewiele tego było…

Hmm, gdzie ja to byłem? Ach, już wiem. Skubany Jo założył się ze mną o rękę swej piegowatej córki kiedy osiągnie odpowiedni wiek. Nie wierzył że to zrobię drań jeden.

A ja w pijaczym widzie sięgając ręką w stronę pupy Sable uświadomiłem sobie własny błąd gdy kątem oka dostrzegłem kształt pędzący przez ciemność w stronę mojej uśmiechniętej jeszcze twarzy. Ręka Boba wbrew pseudonimowi swojego właściciela była absolutnie każda tyle że nie zmęczona. Gdy już upadłem na ziemię udało mi się pozostałym mi jeszcze drugim działającym okiem dostrzec jak Bob dobywa solidnej wielkości widełki do rusztu. Nie czekałem żeby zapytać go co zamierza z nimi zrobić. Jo zaczekał… Chyba może teraz robić siku wszystkimi trzema dziurkami.

Następne co pamiętam to szabla przystawiona do gardła i jakaś postać wykrzykująca groźby że wrzucą mnie jakimś rekinom gdzieś na pożarcie. Potem zaś uderzył piorun i drewniana belka mocująca maszt nagle bardzo zapragnęła się do mnie przytulić. Chyba odwzajemniałem to uczucie bo jeszcze do niedawna razem przytulaliśmy się na plaży.

Zdecydowanie wydaje mi się że nadeszły solidne chwile trzeźwości. No chyba że nauczę się wypędzać bimber z piasku albo kokosów.


Autor: rest2 9 listopada 2010 Drukuj Email