Złote hlooki

Trawa oparła się palącej sile słońca. Ta niegościnna wyspa nigdy jeszcze nie zaskoczyła mnie tak upalną pogodą, choć czerpiąc informacje z opowieści mieszkańców, bywa tu jeszcze gorzej. Rośliny chrzęściły pod moimi ciężkimi butami, wprawiając mnie w nastrój głębokiej melancholii i zamyślenia.

Od kilku tygodni to miejsce jest moim domem. Zostałem rzucony w jej ciepłe objęcia przez rozszalały żywioł, który brutalnie spacyfikował statek, na którym płynąłem. Nie szukałem nowego domu. To on znalazł mnie.

Chrzęszczenie traw nagle się urwało. Znalazłem się na wybrukowanej ścieżce, prawdopodobnie położonej niedawno. Nie była jeszcze tak zniszczona, jak większość wzgórz i skał na tym odcinku wyspy. Wychodząc spod cienia dużego drzewa, ujrzałem nierówno ułożoną w ziemi budowlę. Wyglądała, jakby przed chwilą „wyrosła” z ziemi. Nierówno ułożona w podłożu, w połowie zasypana przez ziemię – sprawiała wrażenie miernego efektu pracy robotników.
Przypominała świątynię – szare, wyłożone płaskorzeźbami ściany połyskiwały w południowym słońcu, a istoty na nich przedstawione, tylko w kilku aspektach przypominały ludzi. Podrapałem podbródek, widząc wejście, w połowie zasypane przez ziemię. Brodząc we wspomnieniach, zdałem sobie sprawę, że budynku jeszcze wczoraj tutaj nie było… Rzuciłem w jej wnętrze średniej wielkości kamień, chcąc ocenić głębokość wejścia – z mojego punktu widzenia widać było stopnie, prowadzące pod powierzchnię ziemi. Skała obijała się o ściany, cichnąc i cichnąc, gdy nagle rozległ się dźwięk rogu. Głośne dudnienie wprawiało całe otoczenie w drżenie, dobiegając z miejsca pod moimi stopami.

-Jasna cholera!

Ostatnie słowa, jakie zdołałem wymówić.

Rozpalone dłonie.
-Co powinniśmy z nim zrobić?
-Na mój rozum, to chapaj go w łapska i z urwiska. Tacy jak on to tylko machają jęzorem, a z tego nic dobrego nie wyniknie. Nawet hniki źle wyglądają.
Palący ból w nadgarstkach okazał się niczym, póki nie podniosłem głowy. Otworzyłem oczy, widząc jedynie wielkie, brunatne sklepienie, wyłożone mozaikami i różnokolorowymi kamieniami. Widok ten zachwycił mnie, choć zachwyt ten nie poprawiał mojej sytuacji. Słysząc dwa gardłowe, wysokie głosy, uparcie dyskutujące o czymś, spróbowałem się poruszyć. Bezskutecznie. Mimo że na moich dłoniach nie spoczywał żaden sznur, ani krępujący ruchy łańcuch, palący ból w nadgarstku nie ustępował, zadziwiając jeszcze bardziej niewidzialnym naporem. Opuściłem powieki, starając się wsłuchać w rozmowę dwóch istot.

-Zaniesiemy go do Bubaka. Tam dopiero pomyślimy, co dalej.
Drugi zarechotał, dając do zrozumienia aprobatę jego propozycji. Cholera, w co ja się wpakowałem?
-Nie, lepiej to będzie jak go damy srottom na pożarcie. Pamiętasz jak tamtych w czerwonych spodniach pogryzły? Krew im nawet spodnie bardziej zabarwiła!
Szczyt intelektu.
-Zapomniałeś po co tu jesteśmy. Mamy odzyskać hniki.
-Znowu hniki? Dwa hlooki temu też były hniki.
-Ty dostaniesz srotta.
-Srotta! – drugi, widocznie mniej inteligentny, zawtórował mu przeciągłym wrzaskiem.
Gdzie ja jestem? Co to za miejsce? Kim są ci, którzy trzymają mnie na tym stole?
-Dobra, to postanowione. Budź go, a ja przygotuję mu jakąś bryczkę.
-Tylko nie to co trzy hlooki temu! Tamten już nam się na nic nie przydał.
Poczułem zimny dotyk jednego z nich. Otworzyłem oczy, by zobaczyć jego twarz.
Nie spodziewałem się takiego widoku. Widywałem już paskudne gnomy, i właśnie osobnika tego pokroju w tym miejscu oczekiwałem. Moja pomyłka była ogromna.
Jego pociągła twarz przypominała tę ludzką, ale nieziemsko piękne rysy nie pozwalały na taką ocenę sytuacji. Odcień cery był koloru szczerego złota, oślepiając połyskiem, mimo że otoczenie ogarniała ciemność. Całość dopełniały piękne, głębokie, zielone oczy, urokliwe i pozbawione powiek.
-Musimy zdążyć przed końcem tego siedmiodnia. Bubak nie ma już wiele czasu. – piękno pierwszego wrażenia niszczył głos, chrapliwy i wysoki, przypominający odgłos ostrzenia ostrza.
Pstryknął siedmioma palcami, tyloma, ile miał u każdej ręki. Magiczne okowy zniknęły. Mogłem się swobodnie poruszać.
-Gdzie ja… jestem? – postanowiłem udawać zmęczonego, obolałego i rozkojarzonego. Bądź co bądź, mogłem się czegoś od nich dowiedzieć.
Piękna istota machnęła dłonią w powietrzu, a efekt tej czynności boleśnie odczułem na twarzy. Nieświadomość to duży błąd.
-Widziałem, że oddychasz. Widziałem, że nie śpisz. Nie psuj nam tego, a my może nie zepsujemy ciebie.
Tajemniczość zawsze mi imponowała.
-Ale gdzie ja jestem? Co chcecie ze mną zrobić? – nie dawałem za wygraną, bezczynność nie wydawała się odpowiednia w tej sytuacji.
Ten Pierwszy westchnął.
-Ja jestem Mubak, a ten tu to Jubak. Jesteś w krainie Kubak, która od zawsze znajdowała się pod powierzchnią waszego świata.
Prychnął pogardliwie na to stwierdzenie, ten drugi, mniej kulturalny, splunął na ziemię obficie.
-Zamierzamy cię zabrać do naszego władcy, Tego Który Ma Włosy.
Dopiero teraz zauważyłem, że Mubak nie posiada owłosienia. Skończyłem pytania o tę krainę.
-Jak się tu znalazłem? Czuję się… dziwnie.
Mistrz wyrażania uczuć.
-Pałką w łeb i jesteś Kubak! To nasze motto! – Jubak zarechotał głośno i popatrzył na Mubaka.
Kulturalna istota westchnęła raz jeszcze i zwróciła się do mnie.
-Mój towarzysz ma częściowo rację. Co trzy hlooki otwieramy wejście do naszej krainy, by odszukać istotę, która pomoże nam odzyskać to, co utraciliśmy.
-Utraciliście?
-Tak. To wasza wina. Gdy skłoniliście bogów do odejścia, odwrócili się oni też od nas. Kubak opustoszał, a my straciliśmy Hniki.
Czułem się naprawdę dziwnie.
-Odeszli? Hniki?
-Straciliśmy włosy, jak wy to mówicie. Nasza kraina opustoszała, ponieważ bogowie zabrali wielu naszych braci.
Zauważyłem, że niewidzialne pole magiczne, które mnie otaczało, nie pozwalało mi wyjść z wozu. Całe otoczenie spowijała widmowa poświata, a gdzie okiem sięgnąć leżały góry i skały. W oddali widać było wiele budowli, podobnych do tej, przez którą się tu znalazłem.
-Co mają włosy do tego co… straciliście? – nadal czułem się dziwnie. Czułem się jak… jakbym na nowo spędzał pierwsze dni na wyspie.
-Uwierz mi, nie doceniacie tego, co macie. – prychnął patrząc na moje rzadkie owłosienie – Były one jedyną rzeczą, której utracenie nie mogło się równać z jakąkolwiek inna stratą. Bez nich nasze życie nie przypomina tego, które wiedliśmy jako najpotężniejsza cywilizacja w Kubak.
-A co zamierzacie ze mną… zrobić? – zapytałem niepewnie, spodziewając się najgorszego.
-Zobaczymy, czy twoje hniki zasługują na bycie przedłużeniem naszych. Czy pomożesz nam w naszej misji.
Robiło się coraz dziwniej.
Nie pytałem dalej. Ułożyłem sobie to w myślach.

Na myśl nasuwało mi się jedno: wpadłem w niezłe bagno. Po same cholerne uszy.

Dalej jechaliśmy w milczeniu. Wóz trząsł się co chwila, bowiem ścieżka była bardzo kamienista. Czułem się jak idiota, widząc dwie piękne istoty, prowadzące mnie za sobą niczym psa. Otworzyłem usta gotów do ziewnięcia, ale widok, który ukazał się mym oczom po przekroczeniu pagórka, nie pozwolił mi zawrzeć warg.

Wysokie mury, pnące się do góry, robiły ogromne wrażenie. Połyskujące metaliczną czernią, strzelały w stronę sklepienia milczące, niczym strażnicy stojący przed dawno już upadłą krainą. Wysokie na ponad 50 metrów otaczały gród, tworząc rodzaj okrągłej palisady. Wokół panowała cisza. Nikt nie wybiegł na powitanie dwóch istot, prowadzących za sobą tego, który miał ich ocalić.

Znaleźli się w cieniu wielkiego muru. Po kilku krokach, Mubak odezwał się:

-Niedługo będziesz miał zaszczyt spotkać Tego Który Ma Hniki. Jeżeli się nam przydasz, to kto wie… Może nie zabije cię po pierwszej rozmowie. Nie każdy ją przeżywa.
Cholera jasna.
-Mógłbyś mi to wytłumaczyć? – zebrałem się w sobie i wyrzuciłem z siebie to, co od jakiegoś już czasu dusiłem – Przechadzam się ścieżką,. Słyszę jakieś cholerne dudnienie, potem coś trzaska mnie po głowie…
-To ja byłem. – Jubak podniósł rękę
-Ktoś – poprawiłem się, nieco zmieszany – trzaska mnie po głowie, nagle budzę się na jakimś pieprzonym stole, obolały i obtarty, a wy… A wy mi mówicie, że mogę nie przeżyć? Co to kurwa jest?
Złotoskórzy niewzruszeni kroczyli dalej. Sięgnąłem do pasa, z wściekłością stwierdzając, że mojego sztyletu tam nie ma. Spuściłem głowę i ukryłem ją w dłoniach.

Bubak złączył palce i rozejrzał się po sali tronowej. Nie było tu obrazów, pozłacanych okien, ani klejnotów w gablotach. Całe pomieszczenie zostało ułożone ze srebrzystobiałych włosów, starannie zestawionych ze sobą i magicznie utrzymywanych w stałym, niezmiennym stanie. Z nieskazitelnie srebrzystej podłogi nie wystawał żaden niesforny kosmyk, całość została stworzona z chirurgiczną wręcz dokładnością. Pomimo tego, Bubak nie był zaspokojony. Codziennie wykładał salę kolejnymi Hnikami, żyjąc z nią i nią. Ubaki odwiedzający jego sanktuarium czuły się bezpieczniejsze, zapominając nad tym, co ciąży nad nimi każdego hlooka, każdego trzydnia… Władca czuł, że już niedługo poddani będą pozwalać na sztuczne podtrzymywanie ich spokoju. Zostanie wszczęty bunt, przez który umrze nie tylko ostatni władca Kubak. Umrze cała cywilizacja, niegdyś dumna i bogata, wyniszczona jednak przez ludzkich bogów. Bubak westchnął, przetarł swe błyszczące, czarne oczy i rozejrzał się po srebrzystych Hnikach otaczających go, czując ich oddech na całym swym ciele. Złota rewolucja.

Już niedługo.

Wlepiłem wzrok w bogato zdobione wrota, będące przejściem między ogromnym holem, a salą tronową. Wysokie pomieszczenie zwieńczone potężnym, wyłożonym mozaikami sklepieniem robiło wrażenie. Gwizdnąłem z podziwem. Złotoskórzy popatrzyli na mnie znacząco, po czym rozwarły się drzwi.

Moim oczom ukazał się niesamowity widok. Srebrzysta sala jaśniała, na tle tej ciemnej, niegościnnej krainy. Całe pomieszczenie żyło jego centralną częścią, unoszącym się w powietrzu harmonijnym mechanizmem, zespolonym lśniącymi włóknami, wyrastającymi z każdego miejsca jego powierzchni. Z fascynującej istoty biło olśniewające piękno, zaślepiając i zmuszając do uznania dla tej niezwykłej istoty.

Hniki rozwarły się, płynnie odstępując od foremnej sylwetki, nie wskazującej na jakąkolwiek płeć, proporcjonalnie zespalając wszystkie jej elementy, tworząc idealną całość. Ukazały się błyszczące, czarne oczy, po czym Sala przemówiła.
-Czyżby kolejny zbawiciel? Od ilu już hlooków szukacie mesjasza? Jak dużo czasu zajmie śmierć naszego gatunku? Z jakiej racji ten śmiertelnik, plugawy pomiot ludzkich bogów może pomóc Nam?
Złotoskórzy pokręcili głowami, które nadal były spuszczone w oszczędnym ukłonie.
-Sprawdź, Bubaku. – nawet ich głosy brzmiały nieskazitelnie czysto w tym niezwykłym miejscu.
Władca wskazał dłonią w moją stronę. Być może w ogóle nią nie poruszył?
-Podejdź, nieznajomy. – zdanie wypowiedziane przez całą Salę przepełniło mnie radością
Nogi poniosły mnie w jej stronę.
-Interesujące.
Jej dotyk przelał we mnie nieskończoną ilość uczuć. Poczułem, jak przepełnia mnie przeświadczenie o potędze, odwadze, pięknie. Fala barw. Sztorm. Bezkresne morze.

To nie on.

Wybuch. Mrowienie. Pulsująca krew.

To nie on.

Błysk. Ogień. Światło.

-To nie on!
Usłyszałem rozpaczliwy okrzyk, ostatkiem sił podnosząc się z klęczek.
-To nie on! – Hniki zaczęły opadać. Sala niszczała.
Opadające włókna, drżenie i dudnienie.
Złota, siedmiopalczasta dłoń uchwyciła moje ramię.

-Udało się!
Podniosłem głowę. Dwie złotowłose istoty stały nade mną, układając swą twarz w rodzaj grymasu, przypominający uśmiech. Niezwykły uśmiech.
-Udało nam się.
Poczułem radość, po czym cały obraz załamał się.

W dłoni poczułem mrowienie. Podniosłem ją do góry. Leżał w niej kosmyk włosów. Kosmyk złocistych włosów, połyskujących w upalnym słońcu wyspy. Westchnąłem ciężko, czując nawrót melancholii.

„Sprawdzam każdą świątynię. Każde podziemia. Ufam, że kiedyś mi podziękujecie. A ja podziękuję wam.


Autor: CloudyCoen 8 listopada 2010 Drukuj Email